środa, 11 marca 2015

Rozdział 10

                                                                 

                                                                       *NICO*

Gdybym nie miał lęku wysokości, pewnie zachwycałbym się widokami, ale że lęk posiadam… Cóż starałem się nie patrzeć w dół. Gdy w końcu wylądowaliśmy na ziemi zachwiałem się i omal nie upadłem.
-Trzymasz się di Angelo?
Wiedziałem, że Lily się zgrywa. Może i podobały jej się widoki ale tak jak Percy, jako dzieci Posejdona nie lubili przebywać w królestwie Zeusa. To samo tyczyło się mnie, powinienem trzymać się blisko ziemi. Tylko Leo mógł bezkarnie podróżować po niebie.
-czuje się cudownie –odpowiedziałem z lekkim opóźnieniem
-czyżby? –spytała z przekąsem –Nico, jesteś zielony.
Tak. To było całkiem prawdopodobne. Spojrzała na mnie z politowaniem. Nagle zesztywniała  i spojrzała na swojego konia, który widocznie przemawiał do niej w jej myślach.
-okey, Silver –powiedziała –dzięki za tę akcję z Mantikorą, byłeś super
Silver stanął prosto i wypiął dumnie pierś. Lily przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się.
-do zobaczenia, Silver
Koń pewnie znowu cos jej powiedział w myślach na pożegnanie, ale oczywiście my tego nie słyszeliśmy i odleciał. Swoją drogą to nie sprawiedliwe. Ja nie mogłem swobodnie porozumiewać się z… no na przykład z dżdżownicami. Mieszkają pod ziemią! Gdybym miał parę kumpli dżdżownic to życie byłoby piękniejsze! Pewnie Hades też chciałby mieć takiego fajnego syna który gada z robalami! Jeśli na Olimpie są gazety, to nagłówki będą brzmiały „Nico pogromca dżdżownic” uśmiechnąłem się usatysfakcjonowany do swoich myśli.
-Leo lepiej ty zajmij się tą jego raną, ja mogłabym go zabić
-ale…
-jesteś machaniem, tak czy nie? Na pewno zrobisz to lepiej niż ja
 -taak, no niby jestem
-wymigujesz się –powiedziała Lily z wyrzutem –o ile mi wiadomo, to ty zbudowałeś sam cały statek, nie ja.
-wcale się nie wymiguje –odparł Leo, jak zawsze chętny do dyskusji –po prostu człowiek to nie to samo co maszyna.
-tak, ale ja mogę mu coś uszkodzić. Co jak odpadnie mu ręka?
-ekhem –przełknąłem ślinę  –odpadnie mi ręka?
-albo jeszcze gorzej –powiedziała Lily z zapałem, a ja zaczynałem się naprawdę bać
-to znaczy co?
-poza tym ja nie pamiętam, żebym sam zbudował statek –wtrącił się Leo
Lily pacnęła się ręką w czoło
-mam prawo nie pamiętać tego czy owego –Leo tak bardzo lubił trochę nas powkurzać, że nie mógł powstrzymać się od uśmiechu
-Leo –zaczęła Lily spokojnie –jak, na gacie Hadesa można nie pamiętać, żę zbudowało się statek
-Ah, ten statek –powiedział Leo –nie zbudowałem go przecież sam
Lily otworzyła usta z niedowierzaniem
-owszem, to ja wykonałem większość pracy, ale inni przecież podawali mi młotek i takie tam. Nie mogłem ich pominąć. Zaraz jak oni się nazywali…?
-nie o to chodzi! –wrzasnęła Lily
Ich dyskusja była fascynująca. Szkoda, że nie miałem przy sobie coli i popcornu.
-zależy z jakiej perspektywy się na to patrzy –zaczął znowu Leo
-Dobra już dobra! –warknęła Lily w odpowiedzi –zajmę się tym
Była wyraźnie zła i zirytowana, ale nie umiała się długo gniewać na nikogo, a szczególnie na niego. Leo wiedział o tym i zręcznie to wykorzystywał. Jej irytowanie go bawiło, ale z drugiej strony jestem na sto procent pewien, że nigdy nie pozwoliłby, żeby ktoś inny się z niej śmiał. Lily wyciągnęła podróżną apteczkę.
-hej –zacząłem niewinnie –a co z odpadającymi rękami?
spiorunowała mnie spojrzeniem
-tak tylko pytam
-okey, chodź tutaj –zwróciła się do mnie tonem znacznie łagodniejszym, choć nieznoszącym sprzeciwu. Posłusznie się zbliżyłem. Leo w tym czasie zajął się ogarnianiem jakichś papierów, tak że siedział kilka metrów dalej. Syknąłem z bólu gdy podwinęła mi rękaw koszulki.
-może lepiej sam to zrób
Próbowałem podwinąć rękaw, ale wszystko było tak brudne, spocone i pozlepiane krwią, że w końcu dałem za wygraną i ściągnąłem przez głowę czarny t-shirt. Było naprawdę gorąco więc poczułem ulgę. Dopiero potem zrozumiałem, że powinienem czuć się skrępowany, nie byłem przecież Leonem, który bez wahania ściągał koszulkę przy dziewczynach gdy tylko miał okazje. Oblałem się rumieńcem, co musiało wyglądać pewnie dość zabawnie. Za to Lily jakoś nagle straciły wigor i siedziała przez chwilę z wzrokiem wbitym w ziemie.
-coś nie tak? –spytałem
-po prostu … eee … Już nie jesteś taki blady jak wcześniej!
Postanowiłem tego nie komentować. Leo zachichotał. Lily zdążyła się w tym czasie otrząsnąć.
-masz –podała mi batonik w srebrnym opakowaniu –to ambrozja
Odwinąłem papierek i zająłem się jedzeniem, podczas gdy ona majstrowała przy apteczce. Spryskała mi czymś zranione miejsce, a mi oczy zaszły łzami.
-piecze –wydusiłem przez zęby
-przepraszam –mruknęła Lily –zaraz przejdzie
Zaczęła smarować mnie jakąś maścią a potem owinęła bandażem
-gotowe –oznajmiła z dumą –a teraz idziemy coś zjeść, umieram z głodu!


*****************************************

Przepraszam, za tak krótki rozdział, ale jestem chora (jak połowa świata, co się dzieje?) i jakoś nie jestem w nastroju do pisania. Ale postarałam się dla Was coś nakreślić. Może Was irytować rozmowa Lily z Leonem. Część z Was może uwarzać, że takie dialogi są niepotrzebne. Jednak ja uważam, że takie przekomarzanie się, czy dyskusja między nimi są zabawne i jak najbardziej naturalne, dlatego tego nie zmienię. Gorąco Was pozdrawiam, i zachęcam do pisania komentarzy, bo one naprawdę motywują do działania, napiszcie cokolwiek, czy rozdział Wam się podoba, czy nie, dajcie znak że to czytacie. Jeszcze raz pozdrawiam i zapraszam również na aska, instagrama, facebooka, snapa i wszystko inne.  ~Di Angelo

niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 9


Ja stałam w garniturze i miałam namalowane wąsy a Nico i Leo mieli na sobie sukienki. Co ciekawe, wcale nie zastanawiałam się nad dziwnością tej sytuacji. Gigantyczna pszczoła w okularach przeciwsłonecznych i z łukiem w ręku posypywała nas brokatem. Leo nagle zdarł z siebie sukienkę a pod spodem miał strój do biegania i kask. Zatańczyłam z Niciem, który się rumienił, chował za wachlarzem i chichotał. Zachowywał się jak taka stereotypowa dziewczyna. Potknęłam się i wylądowałam na łóżku w Obozie Herosów w domku Posejdona. Spojrzałam w sufit. Rosły na nim pomidory. Niebieskie. Nagle jeden z nich oderwał się i zleciał prosto na moją twarz. Rozbryzgał mi się niebieskim miąższem na buzi i ubraniach. Wstałam gwałtownie.
I okazało się, że naprawdę wstałam dość gwałtownie i uderzyłam głową w papierowy lampion wiszący na łóżkiem w pociągu. Leo i Nico jeszcze spali. Pomyślałam, że jeśli to jest sen proroczy to w istocie powinnam się bać. Co do mojego snu… cóż to, że jestem lekko świrnięta dawało o sobie znać. Mój mózg chyba jeszcze nawet nie wszedł w okres dojrzewania. Jestem dużym dzieckiem i szczerze mówiąc jestem z tego dumna. Nie warto dorastać, to jedno z moich marzeń. Wiem, to głupie bo kiedyś tak czy siak to się stanie, ale za marzenia przecież nikt nie kara. Nico podniósł się z łóżka równie gwałtownie jak ja i natychmiast porządnie kichnął. Zaśmiałam się.
-na zdrowie
-o, dzięki –tez się uśmiechnął –miałem jakiś porąbany sen
uniosłam brwi
-ty?
Leo też się obudził.
-wy już wstaliście? Śnili mi się Connor i Travis od Hermesa brr chyba ukradli mi mój pas na narzędzia –zrobił przestraszoną minę i natychmiast zaczął macać po łóżku w poszukiwaniu tegoż to pasa –i Chejron w piżamie.
-dobra –podsumował Nico –wszyscy zwariowaliśmy.
Promienie słońca jasno oświetlały przedział. Według kobiety z małego telewizora w rogu było 25 stopni w cieniu. Zaczęliśmy się pakować. Zwinęłam śpiwór i schowałam go do plecaka. Bluzę, którą poprzedniego wieczoru powiesiłam na haczyku koło okna, przewiązałam sobie w pasie. Założyliśmy buty i przygotowywaliśmy się do wyjścia. Jeśli nic się nie spóźni to powinniśmy być w Hollywood za dziesięć minut.
-Nico, co Ci się śniło?
-upieczony kurczak w metalowych gaciach z nożem do masła w ręce.
Razem z Leo zaczęliśmy się tak śmiać, że rozbolały nas policzki. Nico na początku siedział cicho i nam się przyglądał, ale w końcu nie wytrzymał i też wybuchnął śmiechem. Potem śmialiśmy się już z wszystkiego, a kiedy na chwilę przestawaliśmy, wystarczyło że na siebie spojrzeliśmy i samo to wywoływało kolejne salwy śmiechu. Uspokoiliśmy się trochę dopiero kiedy pociąg wjechał na stację w Hollywood.
-Wow Nico –powiedział Leo –to chyba pierwszy raz kiedy tak długo się śmiałeś, co?
Nico nie odpowiedział. Wyszliśmy z przedziału na pusty korytarz. Nieliczni, którzy tu wysiadali o tej porze już stali na peronie. Konduktor stał przy drzwiach.
-do widzenia –powiedziałam grzecznie.
W odpowiedzi zasłonił mi ręką drzwi z takim rozmachem że prawie się przewróciłam, bo kompletnie się tego nie spodziewałam
-hej! –krzyknął Nico z zagniewaną miną
oczy konduktora błysnęły białym blaskiem a zęby przeobraziły się w kły, które nie mieściły się w jego ustach.
-no nie- jęknęłam –znowu
-nie przejdziecie –oświadczył konduktor, jakby naprawdę w to wierzył
-słuchaj koleś –zaczęłam buńczucznie, ale Leo mi przerwał
-nie jesteś człowiekiem.
Na potwierdzenie tych słów jego ubranie rozdarło się na plecach i ramionach gdy napiął mięśnie, ciało zmieniło się w lwa z głową człowieka, z pleców wyrosły nietoperze skrzydła a z tyłu wielki ogon skorpiona z kolcem jadowym na końcu. Wyciągnęliśmy miecze.
-to Mantikora –wrzasnął Leo
-co ty powiesz –odparł Nico
Leo już miał mu się jakoś odgryźć, ale wrzasnęłam na nich
-chłopaki! Później sobie pogadacie, okey?
Mantikora chyba poczuła się zapomniana bo ryknęła i rzuciła się na nas z pazurami. Nie łatwo jest walczyć w przejściu pociągowym. Wpadaliśmy na siebie i mało brakowało, a odcięłabym niechcący Leonowi głowę, trafiłam jednak w potwora a ten spadł ze schodków na których stał na zewnątrz. Ja, Nico i Leo jednocześnie wyskoczyliśmy na chodnik peronu. Mantikora złapała mnie w pasie a miecz wypadł mi z ręki. „Silver” pomyślałam. Pan konduktor wsadził mnie w szczelinę pomiędzy wagonami pociągu. Minutę potem siedział koło mnie również Leo. Potwór związał nas metalowym prętem jakby był z plasteliny i zabrał się za Nica.
-to morze potrwać  kilka minut –ostrzegł Leo i ze swojego magicznego pasa na narzędzia wyjął jakieś narzędzie, które zaczęło powoli topić metal, Leo pomógł dodatkowo gdyż na jego otwartej dłoni pojawiły się tańczące płomienie i topiły pręt z drugiej strony. Tymczasem Nico pozostawał z Mantikorą jeden na jeden. Kiedyś już z nią walczył, strąciła wtedy Annabeth z klifu. Zakipiał we mnie gniew i nabrałam nowych sił, pręt jednak stopił się tylko w jakiejś jednej trzeciej. Potwór błyskawicznie natarł na Nica, za każdym razem kiedy wykonywał pchnięcie jego przeciwnik zręcznie je odparowywał. Nawet nie przypuszczałam, że coś tak wielkiego może być tak szybkie. Błyskawicznie natarł na Nica, który był teraz oszołomiony. Mantikora odrzuciła jego miecz i szczerze się do niego uśmiechnęła.    Przewróciła go tak, że wielkimi łapami przytrzymywała jego ramiona. Chłopak szarpał się i wyrywał ile wlezie i próbował dosięgnąć miecza, ale nic z tego. W tym momencie drzewa zafalowały na wietrze, ziemia zadudniła i z pomiędzy liści, z szybkością błyskawicy mignęło coś białego i uderzyło w plecy Mantikory.
-długo jeszcze? –spytałam gorączkowo
-już kończę –Leo był wyraźnie zdenerwowany
-„gdzie jesteś, mała?”
Silver zaczął się rozglądać, podczas gdy Mantikora rzucała się pod jego kopytami. Nico już zdążył się uwolnić i teraz biegł po swój miecz, który leżał odrzucony na ziemi
- Nic mi nie jest! –krzyknęłam do Silvera
W końcu Leo do końca przepalił metal i byliśmy wolni. Podbiegłam do walczących, po drodze zabierając miecz. Zakotłowało się. Silver próbował uderzyć z tylnych kopyt a Mantikora gryzła go po nogach. Próbowaliśmy pomóc, ale zupełnie nie było widać kto jest kim, tak że mogliśmy tylko bezradnie stać i patrzeć. W tym Momencie potwór wbił pazury w grzbiet konia i na chwile stanął w miejscu. Skorzystałam z okazji i wbiłam mu ostrze miecza prosto w serce. Rozsypał się w złoty pył.
-Wszyscy żyją? –spytał Nico
Uśmiechał się chociaż była cały we krwi, swojej i Mantikory. Leo miał kilka zadrapań i guza z tyłu głowy. Co do mnie, miałam małą rankę na policzku i pełno siniaków. Rana Silvera już zaczynała się goić. Był Pegazem, więc jego jakiekolwiek niedoskonałości była dużo większa niż nasza.
-noo nikt nie umarł –Leo wyszczerzył zęby –a przynajmniej nikt z nas –spojrzał na miejsce gdzie jeszcze nie dawno stała Mantikora.
-„To twoja misja, ale mogę Was podwieźć na śniadanie” –powiedział Silver w moich myślach
-super! –ucieszyłam się –jedziemy coś zjeść, wskakujcie –zakomunikowałam pozostałym
-co? Mamy jechać na koniu? –spytał Nico nieznanym mi dotąd tonem
-dokładniej lecieć –puściłam do niego oko –chyba się nie boisz, di Angelo?
-ee jasne że nie –oburzył się
Leo zachichotał. Usadowiłam się na koniu, a Nico zaraz za mną, Leo siedział na końcu i wymachiwał nogami. Ruszyliśmy z zawrotną prędkością a Nico złapał mnie w talii tak mocno, że żołądek podszedł mi do gardła. Dobrze, że nic nie jadłam. Silver z rozbiegu odbił się od ziemi i wznieśliśmy się w powietrze. Spojrzałam za siebie. Nico miał zaciśnięte usta i szeroko otwarte oczy. Wyglądał na przerażonego, ale nic nie powiedziałam, bo Leo nie dałby mu spokoju. Co do niego, zupełnie nic sobie nie robił z tego, że lecimy. Wpatrywał się w dół, zresztą nic dziwnego, widok był niesamowity. Z góry wszystko wydawało się takie małe budynki, ludzie, aż w końcu wznieśliśmy się pod same chmury. Wyciągnęłam rękę i poczułam gęstą parę wodną. Właściwie nie powinnam latać, groziło to tym, że mój ukochany wujaszek Zeus trzaśnie mnie piorunem i umrę, ale to się chyba nazywa ryzyko zawodowe. Poza tym Silver był pewnie szybszy od błyskawic Zeusa. Powoli zbliżaliśmy się do lądowania. Znowu zobaczyłam malutkie pola, domki mieszkalne, wzgórza, a w oddali wielki, biały napis HOLLYWOOD.

sobota, 7 lutego 2015

rozdział 8



                                                                           *LILY*

Dwie szklane gabloty stały obok siebie. Nad obydwoma wisiały oświetlone szyldy z napisami „informacja” oraz „kasa”. Przy drugiej gablocie wisiała kartka, na której ktoś ręcznie napisał „biletów na trasie Olimp-Norwegia brak do Wtorku”
-ekhem przepraszam! –odezwałam się
Z „informacji” wyszła młoda kobieta ubrana cała na srebrno.
-półbogowie! –ucieszyła się –w czym mogę Wam pomóc?
-są  bilety do Hollywood? –spytał Leo z entuzjazmem
Zadzwoniła dzwonkiem i z gabloty obok wyszła inna kobieta.
Miała brązowy płaszcz do ziemi a na głowie kaptur.
-hej Hekate, ci młodzi Herosi chcą się dowiedzieć czy są bilety do Hollywood.
pogrzebała w czarnej skrzynce i wyjęła trzy bilety.
Położyłam na ladzie pieniądze a Hekate skrzywiła się. Nico szybko zabrał pieniądze śmiertelników i zamiast nich położył błyszczącą drachmę.
-tak lepiej
zabrała monetę i zdjęła kaptur. Jej oczy były białym blaskiem.
-okry –podsumował Leo –jesteś Hekate, bogini magii. A to…?
-jestem Selene –przedstawiła się kobieta z „informacji”
-bogini księżyca –dokończył Nico
-myślałam, że to Artemida jest boginią księżyca
Selene zmarszczyła nos.
-tak, wiele ludzi tak myśli. Ale to ja jestem córą księżyca. Nikt inny. Artemis za bardzo zadziera nosa, myśli, że może wszystko a nawet nie umie znaleźć sobie chłopaka.
-a ja –powiedziała Hekate –wiem tez co nieco o przepowiedniach, ale nie znam się na nich tak dobrze jak wyrocznie. Ale wydaje mi się, że mam tutaj cos dla was.
Znowu pogrzebała w czarnej skrzynce, która wydała mi się teraz o wiele bardziej pojemna niż na początku. I owszem. Hekate wyciągnęła z niej zwitek pergaminu, dwa razy większego niż sama skrzynka. No tak, magia i takie tam. Ona może sprawić, że wieża Eiffla zmieści się do torebki na ramię.
Podała papierek Leonowi, który wsadził go do swojego plecaka.
Selene nagle gwałtownie podniosła głowę jak pies gończy, który złapał trop. Spojrzała na mnie.
-córko Posejdona –powiedziała powoli Hekate –pokaż mi swój miecz.
podałam go jej z wahaniem. Wzięła go i wyjęła z pochwy. Selene bacznie śledziła każdy jej ruch. Hekate pogładziła go ręką i w końcu krzyknęła tryumfalnie
-ha! To tutaj!
zaczęła intensywnie pocierać miejsce tuż pod głowicą miecza i w końcu z czarnego pyłu wyłonił się napis. Dwa słowa, których teraz nie widziałam dokładnie.
-oh –jęknęła bogini magii –no błagam Selene, to łacina.
Z rezygnacją położyła miecz na ladzie.
-to tylko symbol pojednania –powiedziała Selene i łapczywie podniosła miecz.
-MARE MORTIS –odczytała.
-co to znaczy? –spytałam
-oh dowiesz się w swoim czasie Lily Stone –Selene uśmiechnęła się tajemniczo –odpowiedź nadejdzie w swoim czasie. Tylko wtedy nie przestrasz się samej siebie, jestes niebezpieczna kochanie, bardziej niż możesz sobie wyobrazić. Podpowiedzi poszukaj u swego wuja.
Skrzywiłam się. Dlaczego miałabym się przestraszyć samej siebie? O co chodzi z moim wujem? Hades albo Zeus, pan Podziemi albo król bogów. Chyba nie polubię żadnego z nich.
-pociąg będzie na stacji za piętnaście minut –powiedziała Selene.
Schowałam swój miecz i wszyscy troje ruszyliśmy do wyjścia.
-Ah Lily –zatrzymała mnie Hekate –dzień twoich urodzin to nie przypadek.
Miałam już dość zagadek więc wyszliśmy.

Ledwo zdążyliśmy na pociąg. Znaleźliśmy pusty przedział z łóżkami piętrowymi. Zanim położyliśmy nasze plecami przyszedł konduktor. Sprawdził nasze bilety z tępym wyrazem twarzy. Spod marynarki wystawał mu lwi ogon, ale byłam tak zmęczona, że pewnie mi się tylko wydawało. Konduktor wyszedł a razem z nim Nico by zamówić dla nas coś do jedzenia. Wspięłam się na górną pryczę, a plecak rzuciłam w jej nogi. Leo usiadł koło mnie.
-mogłem wziąć chociaż iPoda albo mp3 z muzyką –zajęczał
-a ja książkę. Ale mogę ci pośpiewać jak chcesz –zażartowałam
-jasne –zaśmiał się Leo –tylko znajdę jakąś watrę, żebym mógł zatkać sobie uszy
Dałam mu kuksańca w bok.
-o co chodziło Hekate z twoją datą urodzin? –spytał
-nie mam pojęcia co jest w nich niezwykłego, oprócz tego, że są dwa dni przed gwiazdką.
-I ten twój wujek. Chodzi o jakiegoś twojego krewnego, którego nie znasz?
-Możliwe ale bardziej zakładam boskich wujków. To jest Zeusa lub Hadesa. Braci taty.
Nico wszedł do przedziału i podał nam styropianowe talerze z parującymi tortillami i herbatę w papierowych kubkach. Sam wdrapał się na łóżko naprzeciwko nas.
-Coś jest nie tak z tym konduktorem –powiedział –wygląda, jakby przedawkował tabletki na uspokojenie.
-dziś nie chce mi się już o tym myśleć –powiedział Leo i wziął porządny gryz tortilli. Po chwili cały był brudny od sosu.  Ja, podobnie jak Nico, jadłam swoją porcję powoli, ale Leo niczym się nie przejmował. Skoro był głodny to szybko wsuwał to, co miał na talerzu. Byliśmy wszyscy tak zmęczeni, że nawet nie przeczytaliśmy tego, co było na pergaminie od Hekate. Rozłożyliśmy na łóżkach swoje śpiwory, zdjęliśmy buty i położyliśmy się spać.
Pomyślałam o Percy’m. Ciekawe czy już śpi. Spojrzałam na księżyc widoczny w oknie pociągu, wyglądał jak cienki rogal, jeszcze daleko do pełni. W jednym, jedynym romansie, jaki przeczytałam w swoim życiu była taka scena, gdzie dziewczyna patrzy na księżyc w pełni i całuje swojego chłopaka, który była na drugim końcu świata i nagle, niewiadomo jak przybyła dokładnie na to wzgórze na którym stała rozhisteryzowana dziewczyna. Uważam, że to tandetne i przereklamowane. A jednak myślałam teraz o chłopaku, którego kochałam najbardziej na świecie. Percy Jackson w prawdzie był moim bratem, ale liczył się symbol. Chyba nigdy nie byłam naprawdę zakochana, „Chyba” bo oczywiście tego nie pamiętam. To nie jest tak, że nie pamiętam niczego, bo niektóre rzeczy tak, na przykład książki które czytałam, albo jakiej muzyki słucham. Zapomniałam tylko te najważniejsze rzeczy. No tak. Ironia losu. Ta częściowa utrata pamięci nie przeszkadzała mi jakoś szczególnie, bo dopiero w Obozie Herosów zaczęło się prawdziwe życie, zaczęło się dla mnie na nowo. Znalazłam dom, przyjaciół i brata. Piper mówi, że byłabym szczęśliwa gdybym miała chłopaka (no proszę, jednak dziedzictwo Afrodyty dało wreszcie o sobie znak) Ja jednak bardzo w to wątpię. Chłopak tylko by mi przeszkadzał, a poza tym, po co mi on, skoro mam Leona, najlepszego przyjaciela, który potrafi mnie rozbawić do łez. Byłam zdania, że z chłopakiem nie mogłabym się wygłupiać ani być sobą, że ciągle musiałabym się z nim całować. Chociaż wiedziałam, że Piper jest szczęśliwa z Jasonem, Annabeth szczerze kocha Percy’ego a Frank i Hazel są na maksa uroczy, to za żadne skarby nie potrafiłam sobie wyobrazić siebie w objęciach jakiegoś faceta. A jednak, czasem, bardo rzadko, dopadały mnie chwile słabości. Myślałam wtedy, że fajnie byłoby móc kogoś złapać za rękę i powiedzieć „Kocham Cię” Myśli biły się w mojej głowie, a ja nie wiedziałam której mam posłuchać. Kazałam więc się im zamknąć i powiedziałam w myślach Percy’emu „dobranoc” . Ukołysana do snu przez chwianie się i monotonny stukoty pociągu w końcu zasnęłam.

czwartek, 29 stycznia 2015

  Rozdział 7


                                                                                         *NICO*

Szliśmy przez gęsty las. Drzewa przeszły z liściastych na iglaste, ale rosły tak blisko siebie, że prawie nie było widać nieba. Leo szedł z rękami w kieszeniach, pogwizdując a Lily wyglądała na zamyśloną. Zerkałem na nią od czasu do czasu. Miała ubłocone, czarne trampki, dziurawe dżinsy i odrobinę za duże t-shirt z nadrukowanym lisem w czapce i okularach, na który opadały jej kasztanowe, półdługie włosy. Jest piękna. Odwróciłem się szybko. Gapiłem się na nią a to raczej nie wyglądało dobrze. Dobrze, że Leo tego nie widział bo nie dałby mi spokoju. Ale… naprawdę jest ładna.
-mówiłeś coś?
Potknąłem się o wystający korzeń i prawie się wywaliłem.
-ee powiedziałem to na głos?
-co?
-że jesteś ładna.
Wytrzeszczyła oczy
-Wydaję mi się, że jesteśmy już blisko ulicy. Słyszę samochody. –Leo przerwał moje męczarnie.
Ruszyliśmy dalej. Lily ze swoim wytrzeszczem gapiła się teraz w ziemię. Pochyliłem głowę w dół tak, że włosy zasłoniły mi twarz, może teraz nie będzie widać jak bardzo byłem czerwony.
Doszliśmy w końcu do przystanku autobusowego. Z rozkładu wynikało, że musimy czekać dwie godziny. To jest takie odludzie, że właściwie nie powinienem się dziwić. Słońce przyjemnie grzało a ptaki śpiewały. Wyjęliśmy z plecaków kanapki i się nimi zajadaliśmy. Leo grzebał w plecaku Lily.
-wzięłaś książkę? –zdziwił się –myślisz, że będziesz miała czas na czytanie?
-na czytanie zawsze jest czas, Leo –odpowiedziała z pełnymi ustami.
Można by pomyśleć, że skoro jest dziewczyną to najpierw przełknie, ale ona się tym nie przejmowała. Z tym była podobna do Piper. Obydwie mają gdzieś to jak wyglądają lub to czy są wystarczająco eleganckie, chociaż Piper była przecież córką Afrodyty. Jakby na potwierdzenie moich myśli odezwała się Lily.
-chciałabym nauczyć się jeździć na desce.
-skąd wiesz, że już nie umiesz? –spytałem
-no tak –zaśmiała się –to możliwe. Ciekawe czy wcześniej miałam inny charakter.
-nie drażni cię to, że nie pamiętasz swojej przeszłości?
-nieszczególnie. Staram się żyć chwilą, ale fakt, fajnie by było dowiedzieć się czegoś o moim poprzednim życiu.
Lily nazywała swoją przeszłość „poprzednim życiem” bo uważała, że życie zaczęło się na nowo kiedy trafiła do Obozu Herosów. Znalazła swój dom. Tłumaczyła mi to kiedyś, kiedy siedzieliśmy w nocy przed domkiem Posejdona bo oboje nie mogliśmy spać. Fajnie było wtedy. Ciekawe o co chodzi ojcu, że mnie wezwał. Nie mam z nim dobrych kontaktów, wolał moją siostrę. Moją siostrę… Tęskniłem za Biancą, bardzo. Hazel jest super, jasne ale Bianca była ze mną od początku, razem utknęliśmy w Kasynie Lotos na kilka lat. Hej! To znaczy, że jestem najstarszy! Super!


                                                                                                      *LILY*

-Lily, o co chodzi Percy’emu z tym niebieskim jedzeniem?
Zaśmiałam się
-Teraz przez niego też mam świra na tym punkcie. Chodzi o to, że niebieskiego jedzenia jest bardzo mało a jego dawny ojczym Gabe twierdził, że ono w ogóle nie istnieje, więc jego mama Sally…
Nagle coś się stało. Poczułam w płucach żywy ogień a przed oczami zrobiło mi się ciemno. Wielka, płonąca kula gazu zbliżała się szybko w moją stronę więc zamknęłam oczy i zasłoniłam twarz rękami, bo nie mogłam się ruszyć. A gdy otworzyłam oczy, znajdowałam się w zupełnie innym miejscu. Wszystko było jakby mgliste i rozmyte. Stałam w jakimś pokoju, w czyimś domu. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam duży ogród, rzekę a za nią wysokie budynki i … Empire State Building? Nowy Jork? To niemożliwe, przecież tam nie ma domów jednorodzinnych! Z pokoju obok wybiegła mała dziewczynka. W ręku trzymała pluszowego pieska i  głośno się śmiała. Za nią wybiegł dorosły mężczyzna, ten również się śmiał. Złapał dziewczynkę pod pachy i zaczął wirować z nią po pokoju. Jej niebieska bluzka z kotem zaczęła falować i podwinęła jej się na brzuchu a jej dwa brązowe kucyki podskakiwały.
-Martin! Córeczko!
Z innego pokoju, chyba z kuchni wyszła kobieta w fartuszku. Ocierała ręce kuchenną ściereczką.  Miała krótką chłopięcą fryzurkę i piegi. To dobrze, bo piegi są oznaką młodości, sama też je mam. Zasiedli przy dużym drewnianym stole a kobieta postawiła na nim talerze z parującymi naleśnikami z bitą śmietaną i niebieska posypką.
-dzięki, Katherine
pocałował ją w policzek i ona także zasiadła za stołem. Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko. Nagle skierowała wzrok prosto na mnie, jakby mnie widziała. Ogarnęła mnie fala strachu i wizja zniknęła. Leżałam oszołomiona na chodniku, na przystanku autobusowym. Głowę miałam na kolanach Nica, podczas gdy Leo klepał mnie po twarzy.  Zakasłałam.
-No już, nic mi nie jest
-Jesteś pewna? –spytał Leo –oczy zrobiły ci się całkiem żółte i wylądowałaś na ziemi.
-t-tak, na pewno nic mi nie jest, nie martw się.
Nico badawczo się we mnie wpatrywał, chyba trocie się wystraszył. Wiedziałam, że oboje widzieli już coś podobnego u Hazel. Ale ja nie miałam odlotów w przeszłość, tak jak ona. Nie panowałam nad tym, nie znałam tych ludzi.
-już jest okey, naprawdę.
Podniosłam się z lekkim wysiłkiem, nadal kręciło mi się w głowie.
W końcu przyjechał autobus. Wsiedlismy do niego i siedliśmy na samym końcu. Ludzie patrzyli się na nas trochę dziwnie. Pewnie wyglądaliśmy, jakbyśmy uciekli z domu.


                                                                                                    *LEO*

Nico gapił się na Lily. Z niewiadomych przyczyn bardzo mnie to irytowało. Może dlatego, że przeżyłem już taką misję. Ja, Piper i Jason. Oni ze sobą chodzili a ja czułem się jak piąte koło u wozu. Dobrze, że Lily nic nie czuje do Nica. I na odwrót, przecież ten koleś to kompletny odludek, nie ma szans się zakochać. Lily to moja przyjaciółka, bratnia dusza. Wiem o niej dużo, nie zakochuje się, a już na pewno nie w odosobnionych, ponurych synach Hadesa. Ona jest dla niego za bardzo uśmiechnięta, energia z niej promieniuje, ma 1000 pomysłów na sekundę, a Nico tylko siedzi przygnębiony. Jasne, rozumiem, stracił siostrę, naprawdę dobrze go rozumiem, ja straciłem matkę. Nie miałem nikogo aż znalazłem się w Obozie Herosów. Ja sam zakochiwałem się w każdej napotkanej dziewczynie, nawet jeśli jest wredna. Wzdrygnąłem się na wspomnienie Chione, córki Boreasza, bogini śniegu. Lily jest inna, da się z nią pogadać o wszystkim, nie boi się ubrudzić smarem od maszyn (wiem, bo niedawno urządziliśmy sobie bitwę). Tak naprawdę podoba się kilku chłopakom od Hermesa, może dlatego, że uwielbia robić kawały, jak oni. Ale ona twierdzi że chłopak nie jest jej potrzebny do szczęścia. Mówi, że kocha swoich przyjaciół.
-hej –Lily pociągnęła mnie za rękaw –wysiadamy
Wysiedliśmy w jeszcze gorszej dziurze, niż okolice Obozu Herosów. Domy były pozabijane deskami  a w oddali majaczył dworzec kolejowy. To on był naszym celem. Poszliśmy pięć kilometrów  w dolinę. W budynku dworca było zimno, pusto, ciemno i śmierdziało zdechłym skunksem. Jedyne światło paliło się nad kasą i informacją, ale żarówka była tak brudna, że ledwo co było widać. Tam musiał ktoś być, bo słychać było kobiece głosy, chociaż cały dworzec wydawał się opuszczony. Podeszliśmy tam.


*******************************************

Hej, podobają Wam sie takie trochę przesłodzone wątki? Pytam bo mam tego więcej :D Ale spokojnie, będzie więcej akcji niż miłości :)
                                                                                                            ~Di Angelo