Rozdział 5
Księżyc
świecił wysoko na niebie. Rozejrzałam się po pokoju. Percy leżał na sąsiedniej
pryczy w tak niewygodnej pozycji, że właściwie dziwiłam się, jak zdołał spać.
Domek zalegała gęsta ciemność. Z dworu dobiegał, co jakiś czas szmer. To, dlatego
się obudziłam. Usiadłam na łóżku. Byłam zmęczona, ale wzięłam z ziemi wygniecioną
i do tego za dużą niebiesko-białą bluzę z logo mojej ulubionej drużyny
hokejowej. Uwielbiałam Toronto Maple Leafs. W jej obszernej kieszeni, miałam
jeszcze resztkę niebieskiej farby do włosów w sprayu. Nie pytajcie skąd. Wzruszyłam
ramionami i wyszłam na zewnątrz. Tym razem usłyszałam dudniący hałas. Coś się
zbliżało. A przynajmniej tak myślałam, dopóki odgłos nie ustał. Ruszyłam w
tamtą stronę. Przeszłam parę metrów, aż doszłam do ściany lasu. Nie chciałam
zagłębiać się w mroczny, ciemny i przerażający las w środku nocy, ale ciekawość
wygrała. Zrobiłam kilka kroków i się zatrzymałam. Poczułam gorący oddech na
karku. Odwróciłam się na tyle wolno, na ile pozwalał mi strach. Za mną stał
wielki, biały jak śnieg koń. Nie, to nie był koń, to Pegaz! Zaraz? Ale skąd pegaz
wziął się w lesie? Czy to jedna, z tych nocnych przechadzek koni, o których
opowiadał mi Nico, wieki temu? Koń nie sprawiał wrażenia, jakby pragnął mojej
śmierci, więc przestałam się bać. Dokładnie mu się przyjrzałam. Grzebał
kopytami w ziemi a jego biała grzywa lśniła w blasku księżyca. Chyba miał mnie
w nosie. Był niezaprzeczalnie piękny. Nie miał na sobie siodła, ani
charakterystycznie dla naszej stajni, przyciętego ogona. Ostrożnie podeszłam
bliżej. Zwierzę cofnęło się kilka kroków do tyłu.
-Jeszcze Ci nie ufa –Rozległ się głos.
Z ciemności wyszedł chłopak, który siedział zawsze sam na stołówce. Oktawian.
-Ale to koń stworzony dla Ciebie, Lily Stone. –Dokończył.
-Dla mnie?
-Owszem. Odzwierciedlacie swoje charaktery.
Zdziwiłam się. Jak mógł mówić o moim charakterze, skoro nawet z nim nie
rozmawiałam?
-Jestem wyrocznią. –Powiedział, jakby czytał w moich myślach.
-W sensie wróżką?
Zmarszczył nos.
-Nie, Lily. Wyrocznią.
-Jest Twój.
-Serio? Ale on jest dziki.
-W takim razie oswój go.
„Oswój go” łatwo powiedzieć, o wiele trudniej zrobić. Psy różniły się tym od
koni, że w przypadku tych pierwszych, to one próbowały zdobyć miłość człowieka.
U koni, działało to zupełnie odwrotnie. To człowiek musiał się starać o
zwierzę.
-Właściwie. Oktawianie, co robisz sam w lesie w środku nocy?
-O to samo mógłbym spytać Ciebie
Nie podobał mi się jego głos i tajemniczy wyraz twarzy. Nawet w ciemnym świetle
księżyca było widać szaleństwo w jego oczach. Mimo, że Oktawian mnie przerażał,
to jednak był intrygujący.
-Jak go nazwiesz?
Spojrzałam na pegaza. Lśniąca grzywa i niesamowite umaszczenie. No i iskrzące
się, pierzaste skrzydła.
-Silver!
-Znaczy „Srebrzysty”? Ładnie.
-hmm mam pomysł!
Wyjęłam z obszernej kieszeni bluzy puszkę z niebieską farbą do włosów, została
jej resztka. Nie mam pojęcia skąd się tam wzięła, ale teraz się przyda.
-co robisz? –spytał niepewnie Oktawian
Nie odpowiedziałam. Zamiast tego, po prostu… Zrobiłam zwierzakowi niebieskie
pasemka.
-wygląda szałowo! –zachwycałam się
-hmm tak
-„wyglądam jak idiota” –poskarżył się Silver. Ciekawe, dlaczego dotąd się nie
odzywał.
-mnie tam się podoba –mruknęłam
Oktawian spojrzał na mnie jak na wariatkę. No tak, nie dość, że spontanicznie
przefarbowałam dzikiego konia na niebiesko, to jeszcze teraz gadałam sama do
siebie. Tak, cudowne pierwsze wrażenie, nie ma co.
-Dzieci Posejdona rozumieją myśli koni, bo tata je stworzył –wyjaśniłam –Percy
też to potrafi.
Chłopak ziewnął.
-Taak, udanej wyprawy. I mam prośbę, nie mów nikomu o tym spotkaniu, okey?
Jego lekko spanikowany ton mnie zaciekawił ale odpowiedziałam „dobra” i
Oktawian odszedł w ciemność.
-„no wiesz, teraz jestem twój. Przykro mi, musisz się ze mną użerać” –mruknął Silver,
o ile da się mruczeć w czyichś myślach.
-Serio? Czadowo!
-„ta, ostrzegam że nie mam żadnych super-mocy jak wbudowany automat z gorącą
czekoladą”
Roześmiałam się.
-taki mi się podobasz.
Nie wiem, czy konie umieją się uśmiechać, ale jeśli tak to Silver właśnie to
zrobił. Wyglądało to trochę dziwacznie ale było urocze.
-„Dobra Lily Stone. Wezwij mnie w potrzebie, okey? Robi się naprawdę puźno.
Przypominam, że jutro masz pierwszą misję.”
-wiem, super. –ziewnęłam i poklepałam Silvera w bok. –dobranoc, stary.
******************************************
Dobra, wiem że większość z Was nienawidzi Oktawiana, ale ja widzę go w trochę innym świetle i tak, wiem że UWAGA SPOJLER Z KO umrze xd KONIEC SPOJLERA ale według mnie jest bardzo ciekawą postacią. Jak zauważyliście minimalnie pozmieniałam charaktery bohaterów a nawet dość istotne fakty takie jak ZNOWU SPOJLER Z DH Nico jest gejem (przyjmijmy że jest bi, ok?) KONIEC SPOJLERA ale tak właśnie wyobrażam sobię tą historię. Następne rozdziały będą dłuższe. Po prostu kończy się semestr i chyba każdy ma teraz dużo nauki :) Aa i jeżeli coś Wam się nie podoba to śmiało piszcie. Nie gryzę (nie zawsze)
~Di Angelo
Rozdział 4
Siedzieliśmy
w dużym kole. Ognisko przyjemnie grzało, a Leo rozbawiał mnie do łez, wpychając
sobie upieczone pianki do ust i krzycząc „Jestem synem Hefajstosa i królem
wszechświata! Zaraz Cię zjem!”. To mówiąc łaskotał mnie a ja darłam się i
śmiałam tak głośno, że rozbolały mnie własne uszy. Gdy Leo dał mi wreszcie
odetchnąć, mogłam mu się dokładnie przyjrzeć. Jego ciemne, kręcone włosy
rozsypały się po opalonej buzi. Szeroko się uśmiechał a usta miał pełne pianek.
W oczach, jak zwykle, migotały mu iskierki wesołości. Wyglądał uroczo, jak mały
chłopczyk. W tym momencie przyszedł Nico.
-Rozmawiałem z Chejronem –oświadczył
-i co?
Chejron zastukał kopytem w palenisko.
-W związku z niespodziewanymi okolicznościami –zaczął –Jestem zmuszony ogłosić
kolejną misję. Tym razem do Podziemia. Na wyprawę wyruszy Nico di Angelo, syn
Hadesa.
Rozległy się ciche szepty.
-Zgodnie z tradycją może wziąć ze sobą dwójkę towarzyszy.
-Chejronie, nie sądzę, żeby…
Nie dałam Nicowi dokończyć zdania.
-Oh, ale mnie chyba nie zostawisz?
-Lily, to nie jest zabawa. Jesteś w Obozie dopiero od paru tygodni. Nie
zdążyłaś się jeszcze podszkolić w walce.
-Sądzisz, że sobie nie poradzę? –Oburzyłam się
-nie, tego nie powiedziałem.
Wyglądał na zakłopotanego, i bardzo dobrze! Nie pozwolę, żeby ktoś sugerował
mi, że nie jestem dość silna czy szybka, żeby wyruszyć na misję.
-W takim razie, nie chcesz żebym z Tobą szła? –Powiedziałam powoli. Brzmiało to
bardziej jak stwierdzenie, niż pytanie. Nico zrobił zbolałą minę.
-Nie o to chodzi. Po prostu uważam, że nie powinnaś ruszać się z Obozu z
niezakończonym szkoleniem i ze zszargana pamięcią. Zostajesz.
-taak, już pędzę.
Zwróciłam się, do Chejrona.
-Ja pójdę, Nico się zgadza.
-No i ja –odezwał się niespodziewanie Leo –muszę pilnować, żeby nie umarli z
nudów
Nico nawet nie miał szans wyrazić sprzeciwu.
-hmm no dobrze, więc Nico di Angelo, syn Hadesa Lily Stone, córka Posejdona
oraz Leo Valdez, syn Hefajstosa wyruszą na misję do Podziemia. Otrzymacie
niezbędne wyposażenie i tak dalej. Wracajcie do swoich spraw.
Chejron wyglądał na znudzonego. Posiedziałam jeszcze chwilę przy ognisku,
rozmawiałam głównie z Annabeth i Jasonem. Hazel, Nico i Frank studiowali jakąś
mapę a Leo rozmawiał z Piper. Mój brat za to, gdzieś zniknął. Chwilę potem
Annabeth sama wygoniła mnie do łóżka, ostatnio bardzo się zaprzyjaźniłyśmy.
Powolnym krokiem ruszyłam do domku numer 3 na ostatnią noc.
Percy siedział przy stole.
-Hej –przywitałam się.
-cześć, Lily –jego głos był bez wątpienia przygaszony –Więc, wybierasz się na
tę misję?
-No… tak.
-W takim razie mam coś dla Ciebie.
Zdjął ze stołu długi pakunek, którego wcześniej nie zauważyłam. Podał mi go.
Odwinęłam szary papier i wyjęłam krótki miecz z pochwy ozdobionej trupimi
czaszkami, co wyglądało dość upiornie.
-To stygijskie żelazo.
Miecz był krótki, czyli idealny dla mnie, dobrze wyważony. Czarny. Ostry jak
brzytwa. Na rękojeści lśnił Trójząb, znak mojego ojca, a na ostrzu migotały na
niebiesko morskie fale.
-Jest piękny –wyszeptałam zachwycona
-cieszę się.
Percy uśmiechnął się smutno.
-Będę za tobą tęsknił, mała
Przytulił mnie. Widać było, że jest mu przykro, więc wybaczyłam mu nawet to
„mała”.
W tym momencie ktoś cicho zapukał i drzwi się otworzyły. Stała w nich Annabeth.
-Już się żegnamy? –Spytała, gdy nas zobaczyła.
Na widok przyjaciółki zrobiło mi się smutno. W ogóle zrobiła się łzawa
atmosfera, czego nie lubiłam, więc powiedziałam
-wiem, że będziecie się beze mnie nudzić. Ja będę zabijać potwory i latać na
smokach a wy, biedaki będziecie trenować i zmywać naczynia w kuchni.
Od razu zrobiło się luźniej. Percy się zaśmiał.
-No tak –powiedział –naprawdę bardzo Ci zazdrościmy, że pojedziesz z wizytą do
stryjaszka, który przecież, tak kocha swoich bratanków.
Sprzedałam mu kuksańca.
-Mnie polubi –oświadczyłam i zamrugałam oczami –a jak nie, to zrobię z Niego sushi,
skoro mam już, czym.
-błe, zjadłabyś takie sushi? –Spytał Percy powątpiewająco.
-Pogadacie sobie, kiedy indziej o swoich gustach kulinarnych –wtrąciła
Annabeth. –Teraz spać. Obydwoje.
-tak, jest –zasalutowałam.
Annabeth pocałowała Percy’ego i podeszła do mnie.
-Dobranoc Ann
przytuliła mnie
-śpij dobrze –powiedziała i wyszła.
Zazwyczaj miałam problemy ze snem, ale nie dzisiaj, zasnęłam prawie
natychmiast. Do czasu, gdy nie obudziłam się w środku nocy.
Rozdział 3
Lekcje
łucznictwa miałam z Frankiem i Jasonem, szermierkę z Percy’m, Mitologię Grecką
z Annabeth, kajakarstwo z Hazel i Piper a wszystko inne z Leo. Na tych
ostatnich bawiłam się najlepiej. Po pierwsze, dlatego, że to wyglądało jak
zabawa w parku linowym a po drugie dlatego, że towarzyszył mi Leo, którego
najbardziej polubiłam z całej naszej paczki.
-Boisz się pająków?
Spytał Leo, kiedy razem z nim wisiałam dwadzieścia metrów nad ziemią, próbując
przejść po chwiejących się belkach, kiedy rzucali w nas piłeczkami z pianki.
-Nienawidzę ich –wzdrygnęłam się
Uśmiechnął się i wskazał palcem na górę. Nade mną na pajęczynie siedział sobie
spokojnie, ogromny czarno czerwony pająk, konsumujący jakiegoś owada.
Wrzasnęłam tak głośno, że rozbolały mnie własne uszy, podskoczyłam pół metra w
górę, potknęłam się i z impetem runęłam do tyłu prosto w ramiona Leona. Spojrzałam
na niego ze złością i szczerym przerażeniem w oczach. Uśmiechnął się szeroko,
najwidoczniej zadowolony z siebie. Dopiero na widok jego uśmiechu, zorientowałam
się, że powinnam czuć się skrępowana. Podniosłam się zirytowana
-nie przejdę tędy –oświadczyłam
Leo przewrócił oczami.
-Druga Annabeth
-Co?
-To nie jest normalne. Do takiego stopnia bać się pająków. A ty jesteś
tchórzem.
Moje zirytowanie osiągnęło poziom max. Zacisnęłam zęby, zebrałam się w sobie i
najszybciej jak się dało, przebiegłam odległość drewnianego mostku. Po chwili
dołączył do mnie Leo.
-ja tchórzem, tak?!
-Wyszczerzył zęby.
-Zwracam honor. Bardzo dobrze Ci poszło.
W tym momencie rozległ się gong na obiad i z ulga zaszłam z ogromnego drzewa,
na którym wisiała cała konstrukcja. Leo pomógł mi odpiąć linkę, która była
przymocowana do szelek, które mi założyli, zdjęłam kask i ochraniacze.
-Zobaczymy się na obiedzie.
Pomachałam do niego i poszłam umyć ręce z żywicy. W toalecie natknęłam się na
jakąś dziewczynę, chyba od Aresa. Na mój widok szybko zakończyła rozmowę
telefoniczną i wyszła z łazienki. Nie wolno nam było mieć komórek, bo
przyciągają potwory, ale oczywiście nie wszyscy stosowali się do tego zakazu.
Szczególnie na terenie Obozu, który chroniła magiczna bariera, odstraszająca
potwory. Annabeth miała telefon. Muszę poprosić ją, żeby mi jakiś załatwiła. Umyłam
ręce i twarz a także kark gorący i klejący od potu i słońca. Pobiegłam na obiad.
***
-Co to za chłopak? –szepnęłam do ucha Jasonowi, gdy już odprawiliśmy już ten
cały idiotyczny rytuał z wywalaniem jedzenia do ognia.
-to Oktawian, Lepiej się do niego nie zbliżać. Nie lubi nikogo a szczególnie
greków. Sam jest rzymianinem, jak ja. To syn Apolla.
Rzeczywiście chłopak siedział sam przy okrągłym stole i gmerał nożem w jedzeniu
z takim zapałem, jakby wyobrażał sobie, że to ciało jakiegoś greka. Brr.
Podzieliłam się moimi przemyśleniami z przyjaciółmi. Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
-On zabija pluszowe misie –powiedział Leo
-co?!
-no… Pali ich pluszowe wnętrzności i uzyskuje przepowiednie
-oh.
Po obiedzie mieliśmy czas wolny, więc pograłam chwilę z Jasonem i Percy’m w
bilard i poszłam do lasu. Gdy byłam na jego skraju obejrzałam się przez ramię, było
słonecznie. Jedni grali w siatkówkę na piasku, inni kapali się w jeziorze,
jeszcze inni strzelali z procy do wiewiórek. Uśmiechnęłam się. Więc tak wygląda
mój dom. Pokochałam to miejsce i moich nowych przyjaciół, byli dla mnie
najważniejsi, bo nic innego nie miałam.
***
-co ty robisz?!
Zastałam Nica na gorączkowym pakowaniu plecaka i od dziesięciu minut próbowałam
się dowiedzieć, o co chodzi.
-Mój ojciec. Wezwał mnie do siebie. Chodzi o moją siostrę.
-Ale mówiłeś, że twoja siostra nie…
-w tym rzecz! Wyruszam jutro z samego rana.
-Nico?
-Słucham?
-Zrobisz coś dla mnie? Skoro masz wyjechać?
-Zależy –mruknął
-super! –Ucieszyłam się. Pociągnęłam go za sobą. Nie szliśmy długo. Może jakieś
pięć minut. Gdy zoriętował się gdzie idziemy, było już za późno. Zauważył nas
Jason.
Na nasz widok stanął jak wryty i upuścił niesiony w ręku kołczan ze strzałami.
-Nico?!
Wytrzeszczył na nas oczy.
-No cześć –powiedziałam zadowolona.
Nico stał w miejscu i poruszał tylko oczami. Chyba był na mnie zły.
***
-Co się z tobą działo? –Spytała Hazel.
Siedzieliśmy na podłodze w domku Posejdona.
Nico odpowiadał z zaciśniętymi zębami i patrzyła na mnie wzrokiem, który mógł
zabić. Rzuciłam mu przepraszające spojrzenie. Wszyscy zasypywali go pytaniami,
a on dzielnie odpowiadał na każde z nich. Widziałam całą moją paczkę w
komplecie i pierwszy raz nikt się nie całował, przytulał ani nawet nie trzymał
za rękę. To było coś! Powinniśmy być teraz wszyscy na swoich zajęciach, ale
siedzieliśmy tu. Po jakimś czasie wszyscy zaczęli się zbierać, żeby przygotować
się do wieczornego ogniska. Z całego dnia w Obozie, tę część lubiłam
najbardziej. Piekliśmy pianki, śmialiśmy się i śpiewaliśmy, a ja uwielbiam
śpiewać. Czasem dzieci Apolla przygotowywały krótkie, śmieszne spektakle
teatralne. W domku zostałam sama z Niciem, bo Percy poszedł razem z Jasonem I
Frankiem znosić drewno na opał.
-Przepraszam –rzuciłam cicho w stronę okna, pod którym siedział na podłodze
Nico. Spojrzał na mnie ze złością. Spuściłam głowę. Teraz w jego twarzy coś się
zmieniło, był jeszcze trochę zły, ale powoli złość zmieniała się w żal. Wstał,
potarł dłonią kark i usiadł koło mnie. Poklepał mnie niezdarnie po plecach.
-No już, nie gniewam się.
Podniosłam wzrok. Uśmiechnął się do mnie, co zdarzało się naprawdę rzadko.
Kiedy tylko chciał, miał tak ciepły uśmiech, że nie dało się go nie
odwzajemnić. Nie rozumiałam, dlaczego większość obozowiczów go nie lubi. Wcale
nie był zamkniętym w sobie, żałosnym samotnikiem, jak niektórzy go opisywali.
Był… Fajny. W domku było dość ciemno, bo Hazel zasłoniła okna, żeby
przypadkiem, nikt nas nie zobaczył. Chociaż było mi niewygodnie czułam, że mogę
tak siedzieć jeszcze długo. Nico chyba miał zamiar coś powiedzieć, ale
uprzedziła go Piper, która niespodziewanie weszła baz pukania do domku. Na nasz
widok najpierw osłupiała (chyba mam talent do doprowadzania ludzi do takiego
stanu), ale szybko się otrząsnęła.
-Chodźcie już –wymamrotała
Wstaliśmy oboje czerwoni jak raki wyjęte z wrzątku.
Szłam, zerkając na Piper. Wyglądała na zaciekawioną i chyba była w lekkim
szoku. No tak, syn Hadesa, rozmawiający sam na sam z dziewczyną, ha! To pewnie
coś nowego. Twarz Nica nie wyrażała żadnych emocji, a ja… nie byłam do końca pewna co się właśnie stało.
*********************************************
Mamy Nowy Rok i ja mam dla Was nowy rozdział. Życzę Wam spełnienia marzeń, i żeby ten rok był lepszy od poprzedniego. Dużo książek i tak dalej :) Macie jakieś postanowienia noworoczne? Chętnie posłucham :) No i zapraszam na ask'a i do komentowania.
~Di Angelo